Aktualności

Serdecznie zapraszamy na spotkania modlitewne w każdy poniedziałek o 19.30 w dolnym kościele św Anny!

Więcej szczegółów w zakładce „Wspólnota”
Komentarze są wyłączone

Możliwość komentowania jest wyłączona.


Po Kursie FILIP, 16-18 grudnia 2011r.

Czy warto jechać na Kurs Filip?  Czy warto „tracić” weekend, odcinać się od świata, myć dziesiątki talerzy i wstawać po kilku godzinach snu tylko po to, żeby posłuchać kolejnej katechezy wygłoszonej przez osobę równie słabą, co my sami? Wiem, że tak. Widziałam to w oczach uczestników ostatnich rekolekcji, słyszałam to w ich świadectwach, wreszcie – sama tego doświadczyłam.

Dotarliśmy do Magdalenki wieczorem, 16 grudnia. Każdy ze swoim bagażem doświadczeń, obaw i oczekiwań względem tych niecodziennych rekolekcji. Spotkanie żywego Boga – to przecież duże wyzwanie! Szczególnie, gdy dzień wypełniony jest po brzegi i trudno znaleźć choć chwilę na poukładanie myśli.Niektórzy muszą zmierzyć się w tym czasie z odpowiedzialnym zadaniem organizacji i prowadzenia rekolekcji, inni – zwalczyć w sobie przekonanie, że „to nie dla mnie”, jeszcze inni – przełamać się i po prostu otworzyć na kierowane do nich słowa.

Jak  i gdzie spotkać w tym wszystkim Boga? Okazuje się, że moment spotkania wybiera On sam, przychodzącą do każdego indywidulanie, dotykając każdego na swój sposób.

Przytaczam poniżej świadectwa uczestników grudniowego Kursu Filip. Ich lektura umacnia i zwyczajnie cieszy, ale nie tylko. Są one ewidentnym dowodem spotkania z Bogiem. Są także naszym podziękowaniem dla wszystkich osób, których zaangażowanie i posługa pozwoliły nam to spotkanie przeżyć.

 

Karolina:

Trudno jest mi opisać słowami to, co przeżyłam na Kursie Filip. Zacznę może od tego, że przez te 3 dni Bóg zdziałał we mnie cuda.
Powód dla którego przyjechałam na owe rekolekcje był dość przyziemny. Wybrałam się tam nie po to, by coś się w moim życiu zmieniło, lecz by pobyć z ludźmi, których poznałam we wspólnocie akademickiej „ Oblubienica”. Chciałam najzwyczajniej w świecie poznać tych ludzi bliżej. Pan Bóg jednak przygotował dla mnie niespodziankę i jak zwykle mnie zaskoczył. Warto tutaj zaznaczyć, że przez doświadczenia z przeszłości bardzo zamknęłam się nie tylko na drugiego człowieka ale i na Boga. Parę lat temu zostałam okrutnie zraniona (i to niestety nie jeden raz) przez ludzi z mojej byłej wspólnoty oraz innych znajomych, na których mi zależało. Te wydarzenia sprawiły, że światło, które kiedyś w sobie miałam po prostu zgasło. Moje serce zostało pokryte grubym , zimnym lodem. Nie potrafiłam całkowicie zaufać ludziom oraz miałam ogromne trudności z okazywaniem uczuć innym. Byłam nawet przez pewien czas nazywana „ Królową Śniegu” . Niby miałam wszystko, czego potrzebowałam i niczego mi nie brakowało, jednak nie czułam się w swoim życiu szczęśliwa. Stwierdziłam, że to tylko ja sama mam wpływ na swoje życie oraz, że mogę liczyć tylko na siebie. Lubiłam być panią sytuacji. Zawsze miałam wszystko zorganizowane, zaplanowane i dopięte na ostatni guzik. Starałam się, by moje życie było idealne ale i tak nie czułam w sobie radości i szczęścia. Przyzwyczaiłam się z tą myślą, że już to się nie zmieni, że może tak już musi być. Jednak gdy pojechałam na kurs Filip coś się zmieniło.
Przez pierwszy dzień nie czułam nic. Słowa, wypowiadane przez animatorów nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Czułam się lekko zrezygnowana i przygnębiona, że inni potrafią wejść całym sobą w rozmowę z Bogiem, a ja niestety nie. Modliłam się lecz nie czułam nic. W końcu nadeszła sobota, dzień w którym moje życie obróciło się o 180 stopni. Jeden z prowadzących opowiadał nam o wierze oraz o odwadze, by zawierzyć Bogu swoje życie. Usłyszałam historię o Alpiniście, który spadł w przepaść lecz spadając, zaczepił się o gałąź. Niestety z powodu ciemności i mgły nie widział jak daleko jest od ziemi. Wtedy zaczął się modlić i prosić Boga o pomoc. Pan usłyszał jego wołanie i kazał mu puścić się gałęzi. Alpinista jednak nie potrafił zaufać i skoczyć. Bał się, że zginie. Rano ratownicy znaleźli go martwego, wciąż wiszącego na tej gałęzi w bardzo małej odległości od ziemi. On nie skoczył i z tego powodu zginął. Ta opowieść była idealna właśnie dla mojej osoby. To ja byłam takim alpinistą, który kurczowo trzymał się gałęzi , bo bał się zaufać Bogu. To ja byłam tą osobą, która zamknęła swoje serce na wszystkie możliwe zamki, tylko by nie dopuścić innych ludzi i Boga do siebie. Zamknęłam je, by już nigdy nie zostać zraniona, ale nie sądziłam jednak, że zamykając bramę do swojego serca nie będę umiała jej potem sama otworzyć.
W sobotę wieczorem czekała na mnie jeszcze większa niespodzianka. Każdy, kto chciał mógł wyznać swoją wiarę w Boga przed Najświętszym Sakramentem. To, co wtedy przeżyłam jest trudne do opisania, lecz jedną rzeczą muszę się z wami podzielić. Po raz pierwszy w życiu wyznałam publicznie to, że Bóg jest dla mnie kimś ważnym. Podczas mego wyznania wiary czułam, jakby ukłucie w sercu. Miałam uczucie jakby ktoś kruszył lód w mej duszy. Łzy napływały mi do oczu tak szybko, że nie umiałam ich opanować. Dla mnie było to coś nowego, ponieważ ja nigdy nie okazywałam swoich słabości i emocji innym oraz nigdy nie mówiłam głośno tego, co czuję. Tym razem nie umiała walczyć z samą sobą, choć przez wiele lat robiłam to niemal cały czas. Modliłam się, płakałam a Bóg powoli otwierał zamki do mego serca. W końcu od tak długiego czasu poczułam się wolna. Po modlitwie wstawienniczej moje łzy zaczęły płynąć jeszcze obficiej. To było uczucie jakby te wszystkie zranienia, ten ból, strach i rozczarowanie nareszcie znalazły ujście.
Może mi nie uwierzycie, że tak działo się naprawdę lecz chcę wam tylko powiedzieć, że dzięki tym trzem dniom moje życie zmieniło się całkowicie. Można powiedzieć, że dawna Karolina nareszcie wróciła! Bóg roztopił lód w moim sercu i napełnił je radością i wiarą. Już nie mam obaw przed puszczeniem się tej gałęzi, na której wisiałam tak długo.
Od Kursu Filip w moim życiu króluje Jezus i to on siedzi na tronie mego życia a nie ja. To On mną kieruje i prowadzi, to za Nim chcę kroczyć i Jego naśladować. Teraz już wiem, że to tylko Bóg, który jest moim Ojcem może nadać sens mojemu życiu i napełnić moją duszę wiecznym szczęściem. Już się nie boję, bo wiem, że Pan mnie prowadzi, że chce dla mnie jak najlepiej. On nie pozwoli, by stała mi się krzywda, bo mnie kocha i jestem dla Niego ważna. Teraz pozostało mi jedynie zatrzymać owoce tych rekolekcji jak najdłużej w sobie. Lecz wierzę, że Bóg mi w tym pomoże.
Za Kurs Filip i za to, że Bóg tak cudownie i namacalnie stał się nierozłączną częścią mego życia, CHWAŁA PANU!!

 

Mateusz:

Jechałem na Kurs Filip z nadzieją, że jakoś zmieni on moje życie. I choć była to wątła nadzieja, wątła podobnie jak moja wiara w Boga i miłość do Niego, to modliłem się, żeby coś faktycznie się ruszyło. Po wysłuchaniu katechez myślałem sobie „kto to wszystko spamięta?!” i niespecjalnie czułem, żeby coś się zmieniało. Jedna z ostatnich katechez była o Duchu Świętym i tam dowiedziałem się, że to On pozwala na ogarnięcie tego wszystkiego. Teraz, gdy do tego wracam, stwierdzam, że może faktycznie za rzadko modlę się do Ducha Świętego, choć nie przypominam sobie, żebym wtedy tak myślał.

Ogólnie zatem udawałem, że wszystko jest w porządku, byłem jednak nieco zawiedziony, ale jako że nadzieja umiera ostatnia, nadal tliła się ona we mnie – że coś mimo wszystko się zmieni, jeśli nie teraz, to później. No i wreszcie – coś mnie poruszyło. Co? Zapowiedź, że w sobotę wieczorem będziemy ofiarowali swoje życie Panu Jezusowi. Gdy po raz pierwszy zrobiłem to w moim życiu, to skutek był taki, jakby przeszło przez nie tornado. Nie powiem, żebym był wtedy zadowolony ze wszystkiego, co się zdarzyło, ale z pewnością nie było nudno. No więc dobrze, chwila nadeszła – tylko ja, Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie i czterdzieści parę innych osób, z których wiele tego wieczoru też ofiarowało się Panu. Gdy wypowiadałem słowa ofiarowania, zdarzył się mały (?) cud: gdy mówiłem, że ustanawiam Pana Jezusa moim Panem, Bogiem i Zbawicielem, to zrobiłem to z taką pewnością i mocą, jakbym to nie ja wypowiadał te słowa albo przynajmniej jakby ktoś mi w tym solidnie pomagał.

Na kursie dowiedziałem się, że najważniejszy dzień rekolekcji to poniedziałek i że większość owoców rekolekcji widać po nich. W poniedziałek udało mi się wygrać z lenistwem, więc nie było źle, ale we wtorek było jeszcze lepiej: czułem się tak, jakby napełniła mnie Boża radość, błogość, moc i natchnienie Ducha Świętego i wszystko wychodziło mi jak nigdy! A przy tym teraz mocniej widzę, że jest jeszcze wiele do zrobienia w moim życiu i że jestem dopiero na początku drogi…

 

Marlena:

Cześć. Nazywam się Marlena i to co za chwile przeczytacie to moje świadectwo, do którego namówiła mnie siostra ze wspólnoty i dobrze zrobiła. Wiem, że sama bym się nie odważyła…
Hmm… I nie wiem od czego zacząć. Jest to dla mnie ważne bo był to na prawdę najpiękniejszy czas w moim życiu. Nawet nie mogę uwierzyć w to, że siedzę i piszę świadectwo.

Od rekolekcji w Magdalence minął już tydzień. Siedzę w pokoju, patrzę w okno i po raz pierwszy nie czuję pustki w sercu, nie czuję też strachu ani bólu. Widzę drzewo, moje ulubione drzewo i po raz pierwszy nie łączę się z nim w osamotnieniu.
Przez te ostatnie cztery lata, próbowałam stanąć na nogi. Miałam dosyć życia i cierpienia. Czułam tak straszny ból. Byłam wściekła na samą siebie, nie mogłam pogodzić się z czymś.. i myślałam, byłam prawie pewna, że to się już nigdy nie zmieni. Można powiedzieć, że zapomniałam o Bogu… Chciałam zacząć wszystko od nowa, a nie wiedziałam czego mi potrzeba.

Jedyną dobrą odskocznią, jedyną ucieczką od tego wszystkiego był taniec.
Codziennie po pracy szłam na salę taneczną i spędzałam na niej kilka godzin. Chciałam wyłączyć myśli, skupić się na tym co robię. Na zajęciach było wspaniale ale kiedy wracałam w nocy do domu… wszystkie myśli wracały. Próbowałam je zagłuszyć. Stałam przed lustrem, powtarzałam kombinacje z zajęć i płakałam. Mama martwiła się o mnie, próbowała mi pomóc. Ja nie chciałam tego słuchać, więc często kończyło się to kłótnią.
Po kilku miesiącach przemęczyłam się. Nie mogłam jednak rzucić tańca, więc trenowałam dalej. Wiedziałam, że przesadzam ale to było silniejsze ode mnie. Skończyło się tym, że doznałam poważnej kontuzji. Wtedy już byłam zmuszona przerwać treningi. Miałam depresję, siedziałam sama w pokoju i płakałam. Godzinami obserwowałam to moje ulubione, wysokie drzewo. Marzyłam o tym by wspiąć się na nie. Bałam się nawet spróbować, więc nie wychodziłam i tylko marzyłam.
Kiedy poczułam się lepiej próbowałam wrócić do tańca, ciągle jednak nie byłam w pełni zdrowa…  W niczym już nie widziałam sensu. Znienawidziłam nawet taniec.

Po jakimś czasie zmieniłam pracę i to właśnie w niej poznałam kogoś, kto zaprosił mnie do Oblubienicy w Św. Annie.
Po dwóch, trzech spotkaniach coś zaczęło się we mnie zmieniać. Kiedy byłam w gronie tych wspaniałych ludzi ciągle chodziłam uśmiechnięta.
Dowiedziałam się, że istnieje takie coś jak Kurs Filip. Zrozumiałam, że to znak od Pana Boga i bardzo chciałam to sprawdzić.
Czytałam i słyszałam świadectwa ludzi, którzy już na nim byli. Trochę się wystraszyłam, bo mówili o tym tak pozytywnie. Pomyślałam też, że skoro na spotkaniach wspólnoty czułam się tak dobrze, to na tym wyjeździe musi być jeszcze lepiej.
Nie myliłam się. Strach minął pierwszej nocy, nie mogłam zasnąć. Czułam coś niesamowitego. Drugi dzień minął bardzo szybko i chociaż wieczorem zmęczenie brało górę to jednak siła woli i ciekawość dzielnie walczyły, dzięki czemu wytrwałam do końca. Po godzinie 20 stałam się nowym człowiekiem.
W niedzielę, na prawdę ciężko było mi wrócić do Warszawy. W domu nawet moja mama była w świetnym humorze. Długo rozmawiałyśmy. Miałam łzy w oczach, bo po raz pierwszy czułam, że wróciłam do domu…
Teraz czuję spokój i siłę wewnętrzną. Wiem, że nie jestem sama. Nie boję się już niczego. Czuję niesamowitą radość, za każdym razem kiedy wracam do domu. Chcę wrócić także do tańca.
Czuję tęsknotę za życiem i za Bogiem. Chce poznać to wszystko na nowo.
Całe swoje życie, wszystkie moje myśli oddałam Bogu i to właśnie dzięki temu jestem szczęśliwa

Chwała Panu!